sobota, 18 marca 2017

Facebook!

Łuhuuu - zgadnijcie kto dołączył do Facebooka! Tak jest - od dzisiaj blog ma już pełnoprawnego fanpejdża. Parę osób prosiło mnie o założenie go już jakiś czas temu, ale ja dopiero teraz zabrałem się za to, głównie z dwóch powodów:

1) Chcę mieć swoje własne miejsce, na które będę mógł wrzucać zdjęcia, luźne dyskusje, recenzje filmów, które widziałem niedawno w kinie, a które nie znajdują się w Książce, a może nawet trochę prywaty. Ogólnie - chaotyczny kącik w internecie, kontrastujący z uporządkowanymi recenzjami na blogu.

2) Może ktoś znowu zacznie czytać i wpadać tutaj? Nadzieje, a jednak...

Więc proszę bardzo:
link tutaj. Wpadajcie, lajkujcie, komentujcie i udostępniajcie. Nie obiecuję, że będę go często aktualizował, ale raz na jakiś czas coś się może pojawić. Trzymajcie sie na razie.

Olszewski

161. Rób, co należy/Do the Right Thing (1989)

Czas trwania: 2 godz. (120 min.)
Reżyser: Spike Lee
Scenariusz: Spike Lee
Obsada: Ruby Dee, Richard Edson, Ossie Davis, Paul Benjamin, John Turturro

SPIKE LEE, GENIUSZ KINA

Przeskakujemy o 44 lata do przodu i - wbrew moim obiecankom, zgodnie z którymi parę dni temu ukazałaby się recenzja Świateł wielkiego miasta - spotykamy prawdopodobnie najbardziej docenianego czarnoskórego reżysera Ameryki. Spike Lee, który w Polsce znany jest w sumie bardziej ze swoich niewybrednych komentarzy na temat Oscarów i Quentina Tarantino. Warto jednak sprawdzić, dzięki czemu w ogóle pojawił się w filmowym świecie, bo jeden z jego pierwszych filmów to naprawdę majstersztyk, którego wydźwięk jest w sumie sprzeczny z ostatnimi wypowiedziami Lee, nacechowanymi czarnym nacjonalizmem.

Film dzieje się w ciągu 24 godzin, w trakcie których Spike z mistrzowską precyzją powoli buduje napięcie międzyrasowe. Akcja osadzona jest w trakcie najgorętszego, 40-stopniowego dnia lata, w czarnej dzielnicy Brooklynu. Widzowi przedstawiony jest cały gabinet osobowości, m.in. pijaczyna "Burmistrz" (Ossie Davis), nowojorski odpowiednik balkonowej babci, "Matka Siostra" (Ruby Dee), właściciel pizzeri Sal (Danny Aiello) i jego dwaj synowie - Vito (Richard Edson) i Pino (John Turturro), awanturujący się starsi Murzyni - "ML" (Paul Benjamin) i "Kokosowy Sid" (Frankie Faison), anty-biały b-boy "Buggin' Out" (Giancarlo Esposito), czy "Radio Raheem" - buntownik, który wszędzie nosi ze sobą boombox, puszczając nim na cały regulator utwory Public Enemy. Film skupia się na powiązaniach, zależnościach i konfliktach między tymi kolorowymi (no pun intended) postaciami.

Jak na film reżysera znanego ze swoich wypowiedzi w których bezpośrednio krytykuje całą białą rasę, trzeba przyznać - jest to zaskakująco obiektywna historia. Mamy więc i durnych, nieogarniętych Koreańczyków i rasistowskich Włochów, jak i brutalnych i prymitywnych czarnoskórych. Scena w której Raheem omawia walczące w sobie dobro i zło, miłość i nienawiść stanowi klucz do całego filmu - tak jak w człowieku trwa odwieczna walka, tak obecna jest ona i na poletku rasowym. Kluczem jest robienie tego, co należy, ale żadnemu bohaterowi nie do końca się to udaje. To tragikomedia, z większym naciskiem na "tragi-".

Dodatkowo na plus zasługuje warstwa techniczna. Lee operuje gamą ciepłych kolorów, które oddają klimat upalnego dnia, a praca kamery to już w ogóle wisienka na torcie - mamy więc długie ujęcia, łamanie czwartej ściany i genialnie nakręconą scenę, w której Buggin' Out atakuje białego rowerzystę. Lee świetnie przedstawia napięcie i konflikty na tle rasowym i jest przy tym niesamowicie obiektywny, w dodatku korzystając z szerokiej gamy symboli i aktorów.

Podsumowując - Rób, co należy to bardzo, bardzo dobry i dojrzały film, który każdy, kto chce zrozumieć na czym polega rasizm, powinen obejrzeć. Dla białych może być trochę alienujący, poza tym jest odrobinę za głośny i męczący, ale na prawdę mi się podobał.

Ocena: 8/10. Solidna ósemka!

Obejrzane: 161
Zostało: 840

Olszewski

czwartek, 9 marca 2017

Nadchodzące filmy - marzec 2017

Niezbyt wyszły mi zapowiedzi filmowe w zeszłym miesiącu, ale w marcu postaram się bardziej. Z drugiej strony nie chcę nic obiecywać... ale po kolei. Zacznijmy od najmniej pewnej marcowej inicjatywy.

MIESIĄC ROBERTA BRESSONA:
Ucieczka skazańca (1956)
Kieszonkowiec (1959)
Na los szczęścia, Baltazarze! (1966)
Dziennik wiejskiego proboszcza (1951)

Twórca ten bardzo przykuł moją uwagę i myślę, że kolejny miesiąc tematyczny będzie właśnie poświęcony jemu lub Godardowi.

Poza tym, na pewno w marcu obejrzę jeszcze:

Światła wielkiego miasta (1931) - reż. Charles Chaplin - bo wypadałoby nadrobić starego dobrego Charliego;

Sokół maltański (1941) - reż. John Huston - bo wisi na Netflixie i czeka, czeka, i czeka.

No więc to tyle. Jutro wrzucę recenzję Światł, ale dostaniecie też ładną, przez wielu oczekiwaną niespodziankę ;)

Olszewski

160. Rzym, miasto otwarte/Roma, città aperta (1945)

Czas trwania: 1 godz. 40 min. (100 min.)
Reżyser: Roberto Rossellini
Scenariusz: Sergio Amidei, Federico Fellini, Roberto Rossellini
Obsada: Aldo Fabrizi, Anna Magnani, Marcello Pagliero, Eduardo Passarelli

JEDEN Z ULUBIONYCH FILMÓW PAPIEŻA - I TO WIDAĆ

Kolejne nasze spotkanie z włoskim neorealizmem lat 40. i 50. to napisany przez Felliniegoi wyreżyserowany przez Rosselliniego wojenny dramat, który zasłynął między innymi z obecności na listach wielu chrześcijańskich krytyków filmowych - a także znalazł się na osławionej kompilacji 45 wyjątkowych filmów Watykanu i wśród ulubionych filmów Papy Franciszka. I trzeba przyznać... nie ma w tym nic dziwnego.

Film opowiada kilka przecinających się historii w Rzymie roku 1944. Głównym wątkiem na pozór jest historia komunistycznego działacza Giorgio Manfrediego, alias Lugiego Ferrari (Marcello Pagliero) poszukiwanego przez nazistów. Mężczyzna ukrywa się w domu swojego przyjaciela, Francesca (Francesco Grandjaquet). Przy pomocy narzeczonej kolegi, Piny (Anna Magnani) kontaktuje się z księdzem Pietrem Pellegrini (Aldo Fabrizi), którego chce wykorzystać do zwalczania gestapowców. Poznajemy też dziewczynę Giorgio i okazjonalną prostytutkę, Marinę (Maria Michi), uwodzącą inne kobiety nazistkę imieniem Ingrid (Giovanna Galetti), przywódcę lokalnego oddziału gestapo Bergmanna (Harry Feist), dwóch policjantów (Carlo Sindici i Eduardo Passarelli), kapitana Hartmanna (Joop Van Hulzen) i austriackiego dezertera (Ákos Tolnay).

Mam naprawdę mieszane uczucia odnośnie tego filmu - zacznę więc może od wad. Rzym, miasto otwarte to prosta, chrześcijańska propaganda uciekająca się do przedstawienia bohaterów w płytki, czarno-biały sposób. Każdy nazista to podły, bogaty, psychopatyczny morderca o homoseksualnych skłonnościach, w wolnym czasie zajmujący się składaniem niemowląt w ofierze Szatanowi, a oczywiście konspiracjoniści to bohaterowie bez skazy silniejsi od swoich wrogów dzięki Bożej mocy. Tak, wiem, w większości tak było, a robienie dzieła o tematyce "Niemcy są ludźmi" zaraz po wojnie mogłoby wzbudzić spore kontrowersje w kraju, który wcześniej okupowano... chociaż chwila, Kruczkowski chyba ma coś innego do powiedzenia.

Ale mimo tego film ma jedną, OGROMNĄ zaletę - nie ucieka się do obrazów militarnych. Pewnie ze względu na budżet i fakt, że kręcony był w ukryciu, ale mimo tego wielki szacun za to, że przedstawia horrory wojny na przykładzie różnych, prostych ludzi, a nie masakrowania Żydów w obozach koncentracyjnych. Przez to jest wiarygodny i gdyby jeszcze miał realistycznych bohaterów...!

No więc co mogę jeszcze powiedzieć o tym filmie? Naprawdę jestem zszokowany tym jak świetnie przedstawiono koszmar okupacji - i w sumie zaślepia to wszystkie wady, których trochę jednak jest.  Dodajcie jeszcze do tego niezłych aktorów (zwłaszcza tych grających nazistów i Aldo Fabriziego), całkiem ciekawe wątki poboczne i dobrą pod względem techniczną oprawę audiowizualną (zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki w których powstawało to dzieło) to płytkie postacie już tak nie przeszkadzają.

Podsumowując, warto obejrzeć ten film, zwłaszcza jeśli jest się aspirującym filmowcem, bo można się nauczyć wielu ciekawych i alternatywnych rozwiązań.

Ocena: 7/10. Wiem, że nie powinienem oceniać go tak wysoko, ale kompletnie mnie kupił sobą.

Obejrzane: 160
Zostało: 841

Olszewski

wtorek, 7 marca 2017

159. Człowiek z blizną/Scarface (1932)

Czas trwania: 1 godz. 33 min. (93 min.)
Reżyser: Howard Hawks
Scenariusz: Ben Hecht, Fred Pasley, Howard Hawks, Seton I. Miller, W.R. Burnett, John Lee Mahin, na podstawie powieści Scarface Armitage'a Traila
Obsada: Inez Palagne, C. Henry Gordon, Boris Karloff, Vince Barnett, George Raft, Osgood Perkins, Ann Dvorak

SAY HELLO TO MY LI..., A NIE, TO NIE TO

Moje drugie spotkanie z wybitnym amerykańskim reżyserem Howardem Hawksem to adaptacja gangsterskiej powieści Armitage'a Traila, która zasłynęła głównie za sprawą remake'u Briana De Palmy z Alem Pacino w roli głównej. Czy jednak w oryginale można wciąż znaleźć coś ciekawego?

Tony Camonte (Paul Muni) to włoski imigrant mieszkający z matką (Inez Palagne) i siostrą (Ann Dvorak) w Chicago w latach 20. Mężczyzna jest początkującym kryminalistą, pracującym dla mafiozy Johnny'ego Lovo (Osgood Perkins). Włoch ma jednak większe ambicje i wkrótce zaczyna sabotować działalność swojego szefa wraz z przyjaciółmi - Angelem (Vince Barnett) i Guinem (George Raft) - uwodząc jego dziewczynę (Karen Morley) i wypowiadając wojnę jego wrogowi Gaffneyowi (Boris Karloff). Wkrótce Camontem zaczyna interesować się inspektor Ben Guarino (C. Henry Gordon).

Więc... jest to film na pewno bardzo ciekawy. Moja wiedza o kinie gangsterskim sprzed wprowadzenia kodeksu Haysa jest uboga i ogranicza się do jednarazowego spotkania z filmowym potworkiem jakim okazał się Mały Cezar. W porównaniu do swojego poprzednika, Człowiek z blizną to film o wiele lepszy, choć wciąż nie bez wad. Największym moim zarzutem dla dzieła Hawksa jest brak postaci z którą dałoby się utożsamiać. Podobnie jak tytułowy bohater Cezara, Tony Camonte jest niesamowitym dupkiem o wyrazie twarzy idioty, w dodatku zachowującym się jak kompletny idiota. Przyczepić mógłbym się również do tego, że inne postacie są niesamowicie płytkie, ale... podoba mi się to! Mają bardzo proste pragnienia - Tony chce być znanym gangsterem, jego siostra, Cesca (z którą ma dosyć nietypową, prawie że kazirodczą relację) poszukuje miłości, etc. Dzięki temu film ogląda się jak współczesną baśń, co wdzięcznie kontrastuje z ogromnymi jak na 1932 rok ilościami przemocy. Poza tym bardzo podoba mi się leitmotiv iksa - takiego jak blizna Tony'ego, który pojawia się za każdym razem gdy dzieje się coś mrocznego. Świetne mise-en-scene!

Podsumowując, Człowiek z blizną zestarzał się, ale warto zapoznać się z nim. To taki rodzaj filmu, który może nie jest jakimś niesamowicie głębokim studium człowieczego upadku (chociaż do tego pretenduje), ale jest... "fajny".

Ocena: 7/10. Spoko.

Obejrzane: 159
Zostało: 842

Olszewski

niedziela, 26 lutego 2017

158. Wszystko o mojej matce/Todo sobre mi madre (1999)

Czas trwania: 1 godz. 41 min. (101 min.)
Reżyser: Pedro Almodóvar
Scenariusz: Pedro Almodóvar
Obsada: Cecilia Roth, Marisa Paredes, Candela Peña, Antonia San Juan, Penélope Cruz

PEDRO ALMODÓVAR, GENIUSZ KINA

¡Hola, mis companeros! Hoy veo la pelicula en Pedro Almodóvar - Todo sobre mi madre. ¡Mi me gusta mucho!

Manuela (Cecilia Roth) to samotna matka, posiadająca stabilne, spokojne życie. Gdy jednak cały jej świat zostaje wywrócony do góry nogami przez straszną tragedię, postanawia wrócić do Barcelony, gdzie przeżyła niegdyś młodzieńczą miłość. Tam spotyka wiele innych kobiet, które również muszą podjąć ważną decyzję - m.in. swoją dawną przyjaciółkę, cycatą prostytutkę z penisem Agrado (Antonia San Juan), jedną ze swoich ulubionych aktorek teatralnych, lesbijkę Humę Rojo (Marisa Paredes), jej uzależnioną od narkotyków kochankę i koleżankę po fachu, Ninę (Candela Peña) i ciężarną zakonnicę Rosę (Penélope Cruz). Dzięki tym spotkaniom kobieta powoli uczy się na nowo życia.

Zanim przystąpiłem do oglądania tegu filmu byłem przekonany, że dostanę film o kobiecie w średnim wieku, która po stracie syna mierzy się ze samą sobą, ale też ze wspomnieniami. Liczyłem na melancholijną historię o żałobie. Zamiast tego Almodóvar zaprezentował komediodramat bardziej skupiony na matce (co niby powinno wynikać z tytułu...) i innych kobietach. Ta historia też jest świetna, ale zdecydowanie nie byłem na nią nastawiony.

SPOILER!

Lubię kino Almodóvara i powoli zaczynam się przyzwyczajać do jego nietypowego stylu i estetyki (te kolory!), ale momentami ten "telenowelizm" wydawał mi się nie na miejscu. Przerysowane postaci nadawałyby się do jakiejś komedyjki - ale ponownie, może to dlatego, że byłem nastawiony na zupełnie inny film. Mimo tego, wolałbym zobaczyć wyciskacz łez z happy endem - Rosa rodzi dziecko, opuszcza zakon, Huma i Nina żyją w zdrowym związku, a Manuela po spotkaniu z ojcem swojego syna zdobywa w sobię siłe by żyć dalej. Zamiast tego dostałem przedziwny miszmasz gatunków i postaci, który zachwyca, ale bardzo ciężko jest go zrozumieć. Zdecydowanie jest to dzieło, które będę musiał powtórzyć.

Należy też się wielki szacun dla Cecilii Roth i wszystkich innych aktorek - niesamowite, odważne role zagrane w świetny sposób. Każda jest unikatowa i zapada w pamięć, a monolog Agrado o zmianie płci to jedna z najlepszych scen w filmie.

Ocena: 8/10. Bardzo ładny film, ale momentami zbyt przerysowany, nawet jak na Almodóvara.

Obejrzane: 158
Zostało: 843

Olszewski

sobota, 25 lutego 2017

157. Reguły gry/La Règle du jeu (1939)

Czas trwania: 1 godz. 50 min. (110 min.)
Reżyser: Jean Renoir
Scenariusz: Carl Koch, Jean Renoir
Obsada: Jean Renoir, Roland Toutain, Mila Parély, Marcel Dalio, Pierre Nay

JEAN RENOIR, GENIUSZ KINA

Tak, tak, wiem - obiecywałem recenzję Towarzyszy broni... ale nigdzie nie mogłem ich dostać. Mam nadzieję, że prędzej czy później ogarnę sobie jakąś kopię tego filmu, ale na razie inne dzieło Jeana Renoira - Reguły gry. 

André Jurieux (Roland Toutain) to osławiony pilot szaleńczo zakochany w Christine (Nora Gregor), która z kolei jest żoną markiza Roberta (Marcel Dalio). Ten ma jednak romans z Geneviève (Mila Parély). Małżeństwo postanawia wyprawić przyjęcie. Zaprasza na nie m.in. Jurieuxa, Geneviève, swojego starego przyjaciela, Octave'a (Jean Renoir), Mounsier St. Aubin (Pierre Nay) i wielu innych gości z wyższych klas. Zaczyna się prawdziwa komedia obyczajów.

Stali bywalcy tego bloga (ha! Jest tu ktoś taki?) pewnie wiedzą, że nie przepadam ani za starymi komediami, ani za francuskim kinem poetyckim. Na szczęście ten film nie był bardzo poetycki, a sceny komediowe - chociaż śmieszyły - to był to raczej śmiech przez łzy. Reguły gry to tragikomiczna opowieść o upadku moralności i o kłamaniu jako jedynym sposobie istnienia. Zaprezentowana w filmie fasada bogaczy nie może się skończyć dobrze.

Jeżeli ktoś czyta mnie od dawna (albo jest fanem szwedzkiego kina) to może zauważyć pewne podobieństwo między tym filmem a Uśmiechem nocy Ingmara Bergmana. Oba dzieła to komedie obyczajów wypełnione barwnymi, tragicznymi postaciami w komediowym świecie. Renoir o wiele lepiej wykorzystuje jednak satyrę i Almodorovski, przerysowany dramatyzm by pokazać smutny świat szlachcian, w którym dla rozrywki morduje się zwierzęta.

SPOILER!

Kolejną rzeczą która odróżnia film Bergmana od dzieła Renoira jest zakończenie. Na jaw wychodzą wszystkie kłamstwa, oszustwa i głęboko skrywane pragnienia bohaterów i kiedy napięcie sięga zenitu - Schumacher, gajowy Roberta i Christine - strzela do Jurieuxa (myśląc, że strzela do Octave'a) i zabija go. Reakcja pana domu ogranicza się do uznania tego za zwykły wypadek. Ten film to prawdziwy śmiech przez łzy - nie da się zaprzeczyć.

Ocena: 8/10. Niesamowity film, do którego z chęcią wrócę. Definicja komediodramatu.

Obejrzane: 157
Zostało: 844

Olszewski