środa, 18 października 2017

175. Inwazja porywaczy ciał/Invasion of the Body Snatchers (1956)

Czas trwania: 1 godz. 20 min. (80 min.)
Reżyser: Don Siegel
Scenariusz: Richard Collins, Daniel Mainwaring, na podstawie powieści Inwazja porywaczy ciał Jacka Finneya
Obsada: Tom Fadden, Ralph Dumke, Larry Gates, Kevin McCarthy

HALLOWEEN 2017: CZĘŚĆ 3

Po wizycie w klimatach mistycyzmu, oniryzmu i mroku, pora zostawić pokracznych ludzi - kotów i inne dziwadła. Tym razem zajmiemy się czymś bardziej realistycznym i uzasadnionym przez naukę, a jednocześnie pochodzącym kompletnie nie z tego świata. Panie i panowie, oto... ludzie-nasiona?

Dr Miles J. Bennell (Kevin McCarthy) to lekarz domowy, który obserwuje u swoich pacjentów masowy zespół Capgrasa. Chorzy są przekonani, że ich bliscy zostali podmienieni na identyczne kopie, a więc była dziewczyna doktora, Becky Driscoll (Dana Wynter) zaczyna mieć pewne podejrzenia odnośnie swojego wujka, Iry (Tom Fadden), szeryf (Ralph Dumke) przestaje ufać swoim pracownikom. Kolega Milesa, psychiatra dr Kauffman nazywa to tylko zbiorową histerią. Wkrótce dochodzi jednak do innych, przerażających wydarzeń.

Jestem dosyć zmęczony, więc powiem tylko tyle - byłem przygotowany na kolejny, zestarzały horror klasy B, który bez kontekstu historycznego (Zimna Wojna) nie ma nic. Inwazja, niezależnie jak głupi ma tytuł, jest świetną i mroczną przestrogą przed uniformizacją i innymi nieszczęśliwymi zabiegami ujednolicającymi społeczeństwo. Aktorzy są prześwietni, czerń i biel, chociaż na początku mnie zniechęcała, w końcu dodała tylko filmowi klimatu. Chciałbym tylko, żeby twórcy pociągnęli problem masowej paranoi, zamiast przeskakiwać do kosmitów, ale rozumiem, że nie o tym jest film (ani oryginalna powieść).

Podsumowując, ten film tylko głupio wygląda i brzmi. Wykonany jest prześwietnie, w sposób pełen dobrego smaku, politycznego podtekstu i wyższych przesłanek niespotykanych już w kinie science-fiction. To idealny seans na Halloween.

Ocena: 9/10. Być może trochę przesadzam, ale serio mnie ten film zachwycił.

Oberjzane: 175
Zostało: 826

Olszewski

poniedziałek, 9 października 2017

174. Ludzie-koty/Cat People (1942)

Czas trwania: 1 godz. 13 min. (73 min.)
Reżyser: Jacques Tourner
Scenariusz: DeWitt Bodeen, na podstawie opowiadania The Bagheeta Vala Lewtona
Obsada: Jack Holt, Jane Randolph, Tom Conway, Kent Smith

HALLOWEEN 2017: CZĘŚĆ 2

Po wizycie w cyrku dziwadeł, która okazała się być ponadczasową historią o tolerancji, naszym kolejnym przystankiem jest Nowy Jork. W nim, w 1942 roku Jacques Tourner (autor recenzowanego rok temu Wędrowałam z zombie) nakręcił mroczną i nastrojową opowieść o serbskim klanie ludzi kotów. Brzmi głupio? Też tak myślałem, ale po kolei...

Oliver Reed (Kent Smith) jest inżynierem morskim. Ma grupkę znajomych - kolegę z pracy (Jack Holt), atrakcyjną asystentkę (Jane Randolph), oraz zaprzyjaźnionego psychiatrę (Tom Conway). Jego życie zmienia się kiedy na jego drodze w trakcie wizyty w zoo staje pradawny ród serbskich ludzi-kotów.

Cóż mogę powiedzieć - nie jest to mrożące krew w żyłach dzieło. Po raz kolejny mamy do czynienia z filmem, któremu trochę ciężej jest spełnić swój cel ze względu na wiek. Film nieźle buduje napięcie, ale poza zakończeniem (i jedną sceną - tą z autobusem) cięzko mu jest je uwolnić. Bardzo szanuję za nawiązanie do korzeni romantycznych horrorów (które, jak wydawać by się mogło, umarły w 1932) i fajnej zmiany ich konwencji, a także za trzmanie widza w niepewności, ale chciałbym, żeby temat został jakoś rozwinięty. Film trwa tylko nieco ponad godzinę, więc sppokojnie możnaby pójśc trochę bardziej na całość.

Podsumowując, nie wiele można powiedzieć o Ludziach-kotach. To milusi horrorek z elementami romansu (trochę przypominającymi opery mydlane) i ciekawymi pomysłami, ale nie robiący z nimi kompletnie nic. Jeszcze jedna rzecz mi się spodobała...

SPOILER!

Czy Irena to postać negatywna? Mam wrażenie, że bawiąc się konwencją groteskowego romansu, autorów trochę poniosło i zapomnieli o nieuchronnym tragiźmie kobiety-kota, zamiast tego przedstawiając ją jako najpierw świruskę, a potem demonicę. Przynajmniej bohaterowie po jej śmierci mają jakieś uczucia.

Ocena: 6/10. Mogło być lepiej.

Obejrzane: 174
Zostało: 827

Olszewski

wtorek, 3 października 2017

173. Dziwolągi/Freaks (1932)

Czas trwania: 1 godz. 4 min. (64 min.)
Reżyser: Tod Browning
Scenariusz: Willis Goldbeck, Al Boasberg, Leon Gordon, Edgar Allan Woolf, Charles MacArthur, na podstawie opowiadania Spurs Toda Robbinsa
Obsada: Wallace Ford, Leila Hyams, Olga Baclanova, Harry Earles, Daisy Earles

HALLOWEEN 2017: CZĘŚĆ 1

Panie, panowie, wszyscy zgromadzeni - zapraszam do rzucenia okiem na wszystkie obecne tu dziwy. Oto nadchodzi miesiąc lęku, przerażenia, terroru, a także przemocy, seksu i wszystkiego, czego nie pokazują przed dwudziestą trzecią w telewizji. Oto rozpoczynamy (z lekkim opóźnieniem) - Miesiąc Halloween! Już po raz trzeci przez trzydzieści jeden dni na blogu ukazywać będą się recenzje NAJSTRASZNIEJSZYCH i NAJBARDZIEJ PIORUNUJĄCYCH filmów z Książki. Nasze pierwsze spotkanie z najsławniejszymi horrorami w historii kina to Dziwolągi - dzieło może niezbyt wpisujące się w podane wyżej określenia, ale mimo to wartościowe. Zresztą... dzisiaj by ono nie przeszło.

Akcja tego "Pre-Code'owego" (sprzed wprowadzenia kodu Hayesa) melodramatu dzieje się w cyrku tytułowych dziwadeł. Właścicielem freakshow jest Roscoe (Roscoe Ates). Wśród ludzi występujących w pokazie "pokrak" dużą popularnością cieszy się karzeł Hans (Harry Earles) i jego narzeczona, Frieda (Daisy Earles), również karlica. Plany niedoszłych małżonków zmieniają się, kiedy mały człowiek zakochuje się w zdrowej trapezistce Cleopatrze (Olga Baclanova). Nie wie, że Cleo spiskuje ze swoim kochankiem, siłaczem Herculesem (Henry Victor), by odebrać Hansowi majątek. Tragedii zapobiec próbują klaun Phroso (Wallace Ford) i jego dziewczyna, Venus (Leila Hyams).

Jedno trzeba temu filmowi przyznać - jest autentyczny. Aktorzy grający dziwolągów to... prawdziwe dziwolągi, co jak na lata 30. jest dosyć niespotykane. W filmie pojawiają się więc takie sceny jak człowiek-tułów zapalający papierosa ustami, kłótnia właściciela cyrku z jego żoną i jej (syjamską) bliźniaczką, dwóch dostojników wpadających na grupkę chorych na mikrocefalię, tańczacych w środku lasu czy scena niepokającej inicjacji Cleopatry w świat dziwadeł. Mimo to, film nie eksploatuje codziennych problemów chorych ludzi celem zarobienia pieniędzy, a w godny i odpowiedni sposób pokazuje ich jako zasługujących na szacunek ludzi, takich samych jak ci zdrowi. Na unikatowym i oryginalnym pomyśle oraz na świetnych aktorach kończy się jednak większość zalet filmu. Jest on zdecydowanie za krótki, by rozwinąć świeży koncept Browninga (nie jest to jednak wina reżysera, a studia, które wycięło najbardziej szokujące sceny). Poza tym stracił on już większość swojej głównej siły napędowej, w świecie gdzie jesteśmy coraz bardziej otwarci na inność, odmienność i szanujemy drugiego człowieka niezależnie od jego wyglądu. Ostatnie freak shows zamknięto w latach 60. (chociaż w dzisiejszych czasach powracają w formie pokazów ludzi z modyfikacjami ciała), a więc dzisiaj nakręcenie tego filmu byłoby niemożliwe. Z tego powodu, nic w Dziwolągach nie straszy, poza zakończeniem. Film sprawdza się o wiele bardziej jako tragiczny romans i historia nieodwzajemnionej miłości, ale i w takim przypadku wydaje się niedokońca ciekawy.

Podsumowując, warto obejrzeć Dziwolągi jako kontrowersyjną ciekawostkę historyczną, ale ten filmowy freakshow nie powinien wywrzeć zbyt wielkiego wrażenia (może poza paroma scenami, zależy też ile w życiu widzieliście) na współczesnym widzu.

Ocena: 6/10. Oglądało się go bardzo ciekawie.

Obejrzane: 173
Zostało: 828

Olszewski

niedziela, 24 września 2017

172. Błękitny anioł/Der Blaue Engel (1930)

Czas trwania: 1 godz. 39 min. (99 min.)
Reżyser: Josef von Sternberg
Scenariusz: Carl Zuckmayer, Karl Vollmöller, Robert Liebmann, Josef von Sternberg, na podstawie powieści Profesor Unrat Heinricha Manna
Obsada: Marlene Dietrich, Emil Jannings, Hans Albers, Rosa Valetti, Kurt Gerron

PROFESOR ŚMIEĆ

Oto ta wielka recenzja - wielokrotnie zapowiadana, wyczekiwana, ogłaszana... Błękitny anioł! Film, na który chrapkę miałem od dawna, w końcu doczeka się recenzji spod mojego pióra. Czy mnie rozczarował? Zapraszam do lektury.

Naszym głównym bohaterem jest profesor Immanuel Rath (Emil Jannings) - nauczyciel w pruskim gimnazjum. Jest on ogólnie postacią respektowaną tylko przez tytuł naukowy, bo poza tym brakuje mu charyzmy, wolności i czegokolwiek - jest on właściwie karykaturą waszego znienawidzonego belfra. Wszyscy się z niego śmieją i szydzą, a on sam jest nieszczęśliwy, utrzymując fasadę morali i dobrych obyczajów. Sytuacja zmienia się, gdy - wpierw jako właśnie obrońca moralności publicznej - udaje się do nocnego klubu. Tam spotyka bandę cyrkowców - siłacza (Hans Albers), magika (Kurt Gerron), jego żonę (Rosa Valetti), a co najważniejsze - piosenkarkę i tancerkę Lolę Lolę (Marlene Dietrich). Profesor popada w wyniszczającą go od środka obsesję na punkcie performerki.

Marlene Dietrich jest świetna! Przepiękna kobieta w roli, która podnieca i gorszy również po upływie prawie dziewięćdziesięciu lat. Mimo to, jej talent opiera się w dużej mierze na urodzie. Prawdziwymi umiejętnościami aktorskimi lśni tutaj Emil Jannings jako poniżony i zgorszony profesor w sadomasochistycznej relacji. Stopniowo obserwujemy jego upadek w szaleństwo, pogrążenie się w uzależnieniu od kobiety. Czy to jeszcze miłość? Uważam, że Sternberg (autor w miarę dobrego Życie zaczyna się jutro) świetnie pokazał granicę (lub jej brak) między miłością a obsesją, czym utorował drogę wielu współczesnym thrillerom erotycznym. Film opiera się na dynamizmie między pożądającym Janningsem a pociągającą Dietrich. Tworzą oni aktorski tandiem i dźwigają na swoich barkach cały film.

Oprócz tego... nie wiele można powiedzieć o Błękitym aniele. Nie mówię że to źle, bo i tyle wystarczy, żeby dzieło Sternberga nazwać kompletnym. Muzyka z perspektywy czasu jest uboga, a spoza historii Ratha i Loli wrażenie robi tylko mikrokosmos klasy, w której naucza profesor i otwierająca scena, gdzie wśród miejskiego zgiełku widzimy sprzątaczkę próbującą upodobnić się do niesławnej tancerki.

Ocena: 8/10. Nie zawiodłem się.

Obejrzane: 172
Zostało: 829

Olszewski


171. Wolny dzień Ferrisa Buellera/Ferris Bueller's Day Off (1986)

Czas trwania: 1 godz. 45 min. (105 min.)
Reżyser: John Hughes
Scenariusz: John Hughes
Obsada: Matthew Broderick, Mia Sara, Jennifer Grey, Cindy Pickett, Kristy Swanson

"DZIECI WESOŁO WYBIEGŁY ZE SZKOŁY"

Kto z nas nigdy nie był na wagarach? No dobra, przypuszczam, że pewnie parę takich osób by się znalazło - ale ja byłem i uważam to za jedno z najlepszych uczuć w życiu. Swoją drogą, parę rad do młodszych czytelników - najlepsze miesiące do wagarowania to październik, listopad, marzec i kwiecień. W pozostałe warto rozwijać swoje relacje z rówieśnikami, no i od czasu do czasu czegoś się pouczyć. A tematykę poruszam z prostego powodu - o tym właśnie opowiada film Wolny dzień Ferrisa Buellera.

Tytułowy bohater to popularny wśród kolegów licealista, który robi wszystko by wymigać się od charówki. Ferris (Matthew Broderick) postanawia więc pewnego dnia wziąć sobie dzień wolny. Wyśmienitą grą aktorską przekonuje rodziców (Lyman Ward, Cindy Pickett), że należy mu się odpoczynek od szkoły. Nie nabiera się na to jednak jego siostra (Jennifer Grey), ewidentnie zazdrosna o wysoki poziom fajności jej brata. W następstwie Ferris ucieka z domu wraz ze swoją dziewczyną (Mia Sara), usprawiedliwienie odnośnie nieobecności w szkole znajduje w prześlicznej Simone (Kristy Swanson), a na przeszkodzie stanąć może mu tylko szkolna sekretarka (Edie McClurg), niewinnie wypełniająca swoje obowiązki...

...i jej szef, o wiele bardziej złowieszczy pan Rooney, czyli prześwietny Jeffrey Jones, o wiele bardziej charyzmatyczny jako aktor niż Broderick. Z innych niedocenionych ról - wspomniana już Kristy Swanson jako rola trzecioplanowa i oczywiście Alan Ruck jako chorowity i stłamszony przez rodziców przyjaciel Buellera Cameron.

SPOILER!

Muszę przyznać, że kiedy już ochłonąłem trochę po seansie tego filmu, to nie jest on taki świetny. Wydawał mi się genialną komedią młodzieżową, ale teraz myślę sobie... co on takiego wnosi? Pewnie, dawno żaden film mnie tak nie rozbawił, ale czy poza ćwiczeniem z humoru i komedii i popisem zarąbistości paru bogatych i popularnych dzieciaków stanowi coś więcej? Może nie byłem w nastroju na taką komedyjkę, a na coś poważniejszego. Mimo wszystko ubawiłem się świetnie i nie mogę powiedzieć, że zaraz po seansie nie czułem się świetnie. Dopiero potem dotarł do mnie rozczarujący fakt, że jedynym przekazem z filmu jest ten o przemianach Camerona (z mięczaka w mężczyznę gotowego przeciwstawić się gniewowi ojca po rozwaleniu jego auta) i Jeanie (z dziewczyny sabotującej swojego brata w przyklaskującą mu i wspierającą go... mokrą fantazję nastolatków?) - i o ile walkę z depresją rozumiem, to postać siostry Ferrisa wydała mi się płaska i płytka... chociaż gdyby nie ona, nie byłoby świetnej sceny z Charliem Sheenem na posterunku policji.

Podsumowując, na filmie ubawiłem się świetnie. Jeffrey Jones, Alan Ruck i wielu innych aktorów trzymają go swoimi popisowymi występami, humor jest oryginalny i świeży, a historia - chociaż płytka - wciąga. Szkoda, że Hughes tym razem nie postarał się o nic więcej.

Ocena: 7/10. Mogła być kolejna ósemka.

Obejrzane: 171
Zostało: 830

Olszewski

170. Mechaniczna pomarańcza/A Clockwork Orange (1971)

Czas trwania: 2 godz. 16 min. (136 min.)
Reżyseria: Stanley Kubrick
Scenariusz: Stanley Kubrick, na podstawie powieści Mechaniczna pomarańcza Anthony'ego Burgessa
Obsada: Malcolm McDowell, Patrick Magee, Warren Clarke, Adrienne Corri

"WIECZÓR BYŁ CHUJNIA MROK ZIĄB ZIMA SUKIN KOT CHOCIAŻ SUCHY"

Moje piąte spotkanie z osławionym Stanleyem Kubrickiem tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z jednym z bardziej utalentowanych reżyserów, jacy kiedykolwiek żyli.

Alexander DeLarge (Malcolm McDowell) na pierwszy rzut oka jest przeciętnym nastolatkiem. Jego rodzice są w miarę szczęśliwymi i zwykłymi ludźmi ze średniej klasy, on sam ma pupila-węża, obsesję na punkcie Ludwiga van Beethovena, często chodzi na wagary... ale kiedy nadchodzi noc, chłopak - pod pretekstem pracy na nocnej zmiany - staje się psychopatycznym stałym bywalcem Korova Milky Bar - narkotykowego baru mlecznego - i gwałcicielem, wandalem, złodziejem i sadystą. Jedna z najcięższych scen filmu to ta, w której Alex demoluje mieszkanie pisarza (Patrick Magee) i jego żony (Adrienne Corri), śpiewając Singin in the Rain, a nastęnie zabiera się za gwałt na pani Alexander. Wszystko zmienia się kiedy współpracownik DeLarge'a, Dim (Warren Clarke) wsypuje go w ręce policji po nieumyślnym morderstwie.

SPOILER!

Chyba wszyscy znamy dalsze losy Alexa. Nastolatek trafia do więzienia, gdzie godzi się na wzięcie udziału w eksperymentalnej terapii. Oczywiście, chłopak zostaje wyleczony, ale aż za bardzo - staje się niezdolny do funkcjonowania w społeczeństwie, do samoobrony, pozostawiony na łaskę okrutnego świata. Film kończy się jego nieudaną próbą samobójczą.

Trzeba to oddać Kubrickowi - jest geniuszem. W kompozycji takich scen jak terapia dr. Ludovica czy montażu wybryków i huligaństwa mise-en-scene okazuje się kluczowe. W obu przypadkach reżyser szokuje nas pokazując... no właśnie - co?  Nie widzimy całego nagrania, które pokazano Alexowi, nie widzimy też gwałtu na pani Alexander. Już sama neonowa, krzykliwa otoczka i poczucie, że oglądamy coś kompletnie niemoralnego sprawia, że widz czuje wstręt.

Należy też wspomnieć o rolach aktorskich - McDowell gra rolę życia, przechodząc z bandyty do więźnia i z więźnia do zastraszonego, słabego, szarego obywatela, stworzonego przez państwo. Jego rola jest jednak wspierana przez wielu innych aktorów - takich jak Patrick Magee w roli zgorzkniałego wdowca, Michael Bates jako comic relief, czy banda kolegów Alexa.

Jak na film tak polityczny, Kubrick nie podejmuje jednego stanowiska, zamiast tego wytykając palcami dziury w wielu systemach. Nie można mu jednak zarzucić braku świadomości, a inteligencję. Brawo!

Ocena: 8/10. Ostatnio same dobre filmy oglądam...

Obejrzane: 170
Zostało: 831

Olszewski

wtorek, 15 sierpnia 2017

Nadchodzące filmy - sierpień/wrzesień 2017

Wakacje powoli się kończą (sorry!), a ja, w przerwie od jarania się Halloween (tak, wiem, że to dopiero za dwa i pół miesiące) postanowiłem zaplanować sobie recenzje, które ukażą się na blogu (w sumie tytuł tej serii jest trochę mylący, bo sugeruje, że będę przedstawiał filmy wchodzące do kin) - i tym razem mam zamiar dotrzymać tych obietnic!... przynajmniej większości.

Chronologicznie:
Błękitny anioł (1930), reż. Josef von Sternberg
Światła wielkiego miasta (1931), reż. Charles Chaplin
Wróg publiczny nr 1 (1931), reż. William A. Wellman
Szanghaj Ekspres (1932), reż. Josef von Sternberg
Synowie pustyni (1933), reż. William A. Seiter
Bunt na Bounty (1935), reż. Frank Lloyd

Są to pierwsze chronologicznie filmy z Książki, które jestem w stanie znaleźć i obejrzeć. Na niektóre z nich mam chrapkę od dawna, innych trochę się obawiam.

Miesiąc Jeana-Luca Godarda:
Miałem plan by zorganizować miesiąc tematyczny z dziełami Godarda już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nigdy go nie zrealizowałem. Niestety, obawiam się, że pewnie nie będę miał czasu na wszystkie osiem jego filmów znajdujących się w Książce, ale na połowę już tak. Przykładowo, mogłyby to być Do utraty tchu (1960), Żyć własnym życiem (1962), Pogarda (1963) i Alphaville (1965).

A jak nie Godard, to Bresson. Ale o tym kiedy indziej.

Inne recenzje:
 
Oczywiście, nie mogę oddawać się tylko akcjom tematycznym, retrospektywom i chronologi. Jeśli chodzi o skakanie po książce, to mam parę typów.

Mechaniczna pomarańcza (1971), reż. Stanley Kubrick
Wolny dzień Ferrisa Buellera (1986), reż. John Hughes
Truposz (1996), reż. Jim Jarmusch 
Chinatown (1974), reż. Roman Polański
Towarzysze broni (1937), reż. Jean Renoir
Człowiek z blizną (1984), reż. Brian De Palma

A jeśli chodzi o październik i Miesiąc Halloween to tradycyjnie - będziemy oglądać horrory. Jeden o którym mogę wam powiedzieć to Koszmar z ulicy Wiązów (1984, reż. Wes Craven).

Tak nawiasem mówiąc - polecę wam dwa super kanały na YouTube, które stanowią ostatnio moją inspirację. Pierwszy to Patrick (H) Willems, znany ze swoich komediowych para-filmowych klipów i analiz kultury popularnej. Drugi to Lesson from the Screenplay, który analizuje budowę najlepszych filmowych scenariuszy. Oba są pochłaniające i zdecydowanie niedocenione.

To tyle. Do zobaczenia wkrótce - recenzja Mechanicznej pomarańczy powinna ukazać się już wkrótce!

Olszewski