czwartek, 22 czerwca 2017

Nadchodzące filmy - czerwiec/lipiec 2017

Tak jak mam to w zwyczaju - oto podsumowanie jakich recenzji jakich filmów możecie spodziewać się w najbliższym czasie.

MIESIĄC ROBERTA BRESSONA: 
Ucieczka skazańca (1956)
Kieszonkowiec
(1959)
Na los szczęścia, Baltazarze!
(1966)
Dziennik wiejskiego proboszcza
(1951)

Zapowiadałem maraton recenzji filmów tego reżysera już jakiś czas temu i nie wyszło, ale mam nadzieję, że w sierpniu pójdzie mi lepiej.

(Swoją drogą - dopiero teraz ogarnąłem, że stuknęło mi 200 postów na blogu! Wow, wow i jeszcze raz wow)

Poza Bressonem spodziewajcie się przeczytać moje opinie na temat następujących filmideł:

Klub Winowajców (1984)
Skazani na Shawshank (1994)
Grobowiec świetlików (1988)
Czarny łabędź (2010)
Mechaniczna pomarańcza (1971)
Błękitny anioł (1930)

No. To do usłyszenia, trzymajcie się i narazinek!

Olszewski

165. Akira (1988)

Czas trwania: 2 godz. 4 min. (124 min.)
Reżyser: Katsuhiro Ôtomo
Scenariusz: Katsuhiro Ôtomo, J. Michael Haller, Izô Hashimoto, na podstawie mangi Akira Katsuhiro Ôtomo
Obsada (oryg. dubbing): Mitsuo Iwata, Nozomu Sasaki, Michitaka Kobayashi, Mami Koyama, Tesshô Genda

(╬⓪益⓪)

Hardkorowe, brutalne, cyberpunkowe anime z lat 80. nie brzmi jak coś, czym zachwycałoby się pół świata, ale tak właśnie jest z Akirą. Katsuhiro Ôtomo dokonał adaptacji własnej mangi, tworząc ulubiony film wielu artystów, między innymi Kanyego Westa, przechodząc do historii. Dzisiaj rzucimy okiem na kultowy klasyk i jeden z najbrutalniejszych filmów animowanych - zresztą, co się dziwić, to w końcu Japonia...

SPOILER!

W 1988 Tokio zostaje zniszczone przez tajemniczą, paranormalną siłę, co doprowadza do wybuchu III Wojny Światowej. W 2019 na miejscu japońskiej stolicy znajduje się Neo-Tokyo, mroczne, neonowe miasto wypełnione gangami i przemocą. Jednym z bardziej liczących się młodocianych kryminalistów jest Kaneda (Mitsuo Iwata), który wraz z Ryu (Tesshô Genda), Tetsuo (Nozomu Sasaki), Kaisuke (Takeshi Kusao), Eiichim (Tarô Arakawa), Yamagatą (Masaaki Ôkura) i Nezu (Hiroshi Ohtake) trzęsą miastem. Pewnego dnia, w trakcie ucieczki przed policją, Tetsuo ma wypadek i spotyka espera imieniem Takashi (Tatsuhiko Nakamura). Tajemnicza, humanoidalna istota o telekinetycznych mocach nawiązuję więź z motocyklistą, w którym budzą się podobne umiejętności. Kaneda musi zatrzymać swojego przyjaciela, a pomóc mogą mu w tym tylko niegdyś znienawidzony rząd (Kôichi Kitamura, Michihiro Ikemizu, Tarô Ishida, Mizuho Suzuki, Kazumi Tanaka, Masayuki Katô, Yukimasa Kishino, Masato Hirano i inni), przepiękne rewolucjonistki - Kei (Mami Koyama) i Kaori (Yuriko Fuchizaki), espery Masaru (Kazuhiro Kamifuji) i Kiyoko (Fukue Itô), oraz przeciętni obywatele Neo-Tokyo (Issei Futamata, Kôzô Shioya, Yôsuke Akimoto, Michitaka Kobayashi i inni). Jeśli im się nie uda, miasto ponownie zostanie zniszczone.

Zacznę może od tego co mi się najbardziej podobało - animacji. Chociaż wygląd postaci jest dosyć specyficzny i trzeba się do niego przyzwyczaić, to design neo-neo-gotyckiej metropolii w postapokaliptycznym świecie zachwyca od pierwszych chwil. Poza tym film oferuje wybuchy, krwawą jatkę i dużo pięknie - albo i nie pięknie, zależy od punktu widzenia - wyglądającego body horroru z mutującym, rozrastającym się i pękającym ciałem Tetsuo.

W trakcie oglądania nie zwracałem zbyt dużej uwagi na muzykę, ale teraz, po przesłuchaniu soundtracku uważam go za świetny. Plemienne, chóralne rytmy budują nastrój dla historii, która bardziej kojarzy się widzowi z jakąś szumiącą elektroniką, a nie mrocznymi, wykorzystującymi tradycyjne instrumenty kompozycjami.

Japoński dubbing może nie przypadł mi tak do gustu, bo wszystkie głosy brzmiały mniej więcej podobnie - dużo krzyczenia, piszczenia i przerysowanych emocji, ale prawda jest taka, że rzadko kiedy widuję (słuchuję?) dobrą grę aktorską głosem w anime.

Co do fabuły - uważam tę medytację nad przyjaźnią, zaufaniem i miłością za świetny kontrapunkt dla epickich, kosmicznych pojedynków telepatycznych, prehistorycznych bestii. Ani przez chwilę nie jest zbyt ckliwie, zbyt mrocznie, zbyt... no w ogóle. Film trzyma wszystko w równowadze i prezentuje nam obraz rozlatującego się świata, wypełniony halucynacjami Tetsuo (scena w szpitalu to jedna ze straszniejszych scen jakie widziałem w anime), scenami iście militarnymi i sielankowymi, lekko komediowymi scenami miłosnymi.

Zakończenie również mi się podobało - trochę ckliwe, to prawda, bo raczej wolałbym zobaczyć Kanedę samego, opuszczonego, po śmierci wszystkich swoich przyjaciół, ale happy end jaki otrzymaliśmy też w miarę się spisuje. Szanuję też zakończenie nie otwarte, nie zamknięte, ale przymknięte - wiemy wszystko w sumie, ale wciąż są jakieś niedopowiedzenia, takie jak - czy Tetsuo przeżył? Czy stał się częścią innego uniwersum? Czym właściwie jest Tetsuo?

Film nieźle miesza w głowie. Jest brutalny, ale nie jakoś szokujący, za to skłania do kontemplacji ludzkich uczuć i naszego miejsca w nieskończonym wszechświecie. Nawet mimo tego, że dla większości bohaterów skończył się dobrze, to jest dosyć przygnębiający. Trochę przeszkadzała mi jego długość, niektóre sceny spokojnie można by wyciąć. Poza tym jestem ciekaw, jak wyglądałby w wersji live-action.

Podsumowując, to jeden z lepszych filmów anime jakie widziałem i mimo niektórych niedoskonałości macie gwarancję świetnego seansu.

Ocena: 8/10. Mocna ósemka dla filmu, po którym opadają szczęki.

Obejrzane: 165
Zostało: 836

Olszewski

sobota, 13 maja 2017

164. Salo, czyli 120 dni Sodomy/Salò o le 120 giornate di Sodoma (1975)

Czas trwania: 1 godz. 57 min. (117 min.)
Reżyser: Pier Paolo Pasolini
Scenariusz: Pupi Avati, Pier Paolo Pasolini, Sergio Citti, na podstawie Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu markiza Donatiena Alphonse'a Françoisa de Sade
Obsada: Pablo Bonacelli, Giorgio Cataldi, Aldo Valletti, Caterina Boratto, Elsa De Giorgi

ANAL CUNT: THE MOVIE

Od swojej premiery na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Paryżu, 20 dni po zabójstwie reżysera, Salo szokuje i przeraża przez te 42 lata jakie upłynęły od pierwszego pokazu. Ta włoska adaptacja klasycznej osiemnastowiecznej powieści autorstwa markiza de Sade (znanego francuskiego szlachcica, od którego nazwiska wzięło się słowo "sadyzm") jest do dzisiaj zakazana w wielu krajach i nie bez przyczyny. Pier Paolo Pasolini - homoseksualna ikona, jeden z bardziej kontrowersyjnych twórców na świecie i, jak już wspomniałem, ofiara morderstwa - stworzył obraz, który możnaby nazwać pornograficznym, gdyby tylko dostarczał jakiejś przyjemności. Zamiast tego jest cierpienie i ból.

Reżyser przenosi fabułę filmu do krótkoistniejącej Republiki Salo w 1944 roku. Grupka włoskich bogaczy (Pablo Bonacelli, Giorgio Cataldi, Aldo Valletti i inni) wraz z paroma prostytutkami (Caterina Boratto, Elsa De Giorgi i inne) urządza wielką orgię w odludnionym zamku. Przez najbliższe cztery miesiące dochodzić tam ma do aktów gwałtu, rozpusty, homoseksualizmu, pedofilii, koprofagii i innych perwersyjnych, sadystycznych i sadomasochistycznych zachowań. Pod koniec wszyscy uczestnicy mają zostać zamordowani.

Z czegoś, co mogłoby spokojnie robić za wysokobudżetowego pornola (gdyby oczywiście podkręcić wiek zarówno postaci, jak i aktorów i aktorek, którzy też byli nieletni) Pasolini, nawiązując do Dantego, tworzy podróż przez kręgi Piekła, w którym zboczone opowieści prostytutek o sikaniu na starszych panów to tylko początek, a brutalne sceny gwałtu analnego i mizoginii widzimy od pierwszych chwil. Niczym prekursor do niechlubnego podgatunku jakim jest torture porn, film pokazuje świat w chwili, gdy tych trzydziestu ludzi znajdujących się w zamku było "martwych dla świata". Nie było kary, Boga, niczego - tylko moralność, którą łatwo było im uśpić. Reżyser bawi się z seksualnymi oczekiwaniami widza, wywołując mdłości i podniecenie, mimo tego, że większość ofiar nie ma nawet imion, są tylko ciałami czekającymi na rozdziewiczenie i zgwałcenie. Nawet oglądając świat oczami szlachciców czujemy żal oglądając niewinnych chłopców i dziewczęta. Dzięki temu film ten jest paradoksalnie budujący moralnie, gdy czujemy, że to co dzieje się na ekranie jest straszne - a my widzimy to zło i umiemy je rozpoznawać. Bo tym jest ten film - testem moralności, złem w czystej postaci, gdzie kanalie czają się na każdym rogu.

Salo to podróż przez najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy (domyślam się, że mogłoby być hardkorowiej, ale PPP najwidoczniej postanowił zostawić seks z noworodkiem i trupami Serbskiemu filmowi), którą warto obejrzeć chociaż raz. Może was obrzydzić, zaszokować i przerazić, ale pamiętajcie - to dobrze. Taki był cel tego filmu i znaczy to tyle, że z waszą moralnością jeszcze dobrze.

Ocena: 8/10. To chyba najwyższa ocena jaką można dać takiemu filmowi, na podstawiej takiej powieści. Brawo!

Obejrzane: 164
Zostało: 837

Olszewski

163. Sieci popołudnia/Meshes of the Afternoon (1943)

Czas trwania: 14 min.
Reżyser: Maya Deren, Alexander Hammid
Scenariusz: Maya Deren
Obsada: Maya Deren, Alexander Hammid

SENNY KLIMAT

Maya Deren to jedna z najbardziej znanych autorek kina surrealistycznego i eksperymentalnego. W 1943 wraz ze swoim mężem nakręciła osławiony film Sieci popołudnia, którym zaskoczyła publikę, krytyków i mnie, nastawionego negatywnie do surrealistycznego kina plebejusza.

Kobieta (Maya Deren) wraca do domu. Wkrótce zasypia i zaczyna śnić o tajemniczym mężczyźnie, z lustrem zamiast twarzy (Alexander Hammid).

Nie będę robił oficjalnej recenzji, bo nie widzę w tym większego sensu. Sieci popołudnia wymykają się wszystkim standardowym ramom i definicjom, więc spróbuję zrozumieć o co tutaj chodziło. Pewnie mi się nie uda - ale trudno. Zanurzmy się w poplątany świat wizji i snów Mayi Deren.

SPOILER!

Pomijając pościg bohaterki za tajemniczym lustrogłowym i jej następujące pobudki i obserwacje jak sen miesza się z jawą, film zawiera też mroczne, odrealnione ujęcia prostych przedmiotów - klucz, nóż, bochen chleba - z którymi Maya wchodzi w interakcje. Powiedziałbym, że reżyserka próbuje tu opowiedzieć o swoich problemach. Niczym Sylvia Plath, nienawidzi siebie, czym krzywdzi swojego męża, dbającego o nią. Popełnia małe porażki - samotność, frustracja i nieudolność wskazują na to, że siebie o coś obwinia - które potem ją nawiedzają. W swoich snach szuka odbicia - pozytywnych cech siebie ucieleśnionych w męskim ciele, jak się potem okazuje, w ciele swojego męża. Czuje jednak, że jej męski pierwiastek i jej uśpiona perfekcyjność wykańcza ją, próbuje ją zabić i w akcie samoobrony wyładowuje się na mężu, raniąc go. W końcu popełnia samobójstwo, nie zauważając, że to ona jest prawdziwym wrogiem samego siebie. Kompletnie nie zgadzam się z ludźmi uważającymi ten film za dzieło feministyczne - Maya pokazała tutaj ubezwłasnowolnienie w obliczu ukochanej osoby, a że akurat jest nią mężczyzna, a ona jest kobietą, przekaz jest, jaki jest... Obawiam się, że te wspomniane już dodatkowe ujęcia mają na celu podkreślenie jej porażek i tego, jak wszystko uważa za wrogie, chociaż bardziej prawdopodobne jest, że ich celem jest zbudowanie klimatu i surrealismu, za czym nie przepadam.

Maya i Hammid garściami czerpią z kina Luisa Bunuela, poprawiając je, poprzez utworzenie opowieści z sensem. Mimo tego za bardzo wadzą mi te wstawki, mrugnięcia okiem do Jeana Vigo i Salvadora Dali i tak dalej, ale szanuję, za chęć przekazania wciąż aktualnej historii.

Ocena: 6/10. Wart obczajenia, bo to tylko czternaście minut.

Obejrzane: 163
Zostało: 838

Olszewski

162. Sokół maltański/The Maltese Falcon (1941)

Czas trwania: 1 godz. 37 min. (97 min.)
Reżyser: John Huston
Scenariusz: Josh Huston, na podstawie powieści Sokół maltański Dashiella Hammeta
Obsada: Humphrey Bogart, Gladys George, Mary Astor, Peter Lorre, Barton MacLane

DLACZEGO PISTOLET HOMOSEKSUALISTY JEST TAKI MAŁY?

Z panem Johnem Hustonem jestem w dosyć nieprzyjemnym związku. Właściwie każdy jego film wydawał mi się strasznie archaiczny, nudny i kompletnie idiotyczny. Myślę, że to logiczne, że do Sokoła maltańskiego podchodziłem z pewną nieufnością. Na szczęście reżyser uratował sprawę i pokazał, że ma talent.

Sam Spade (Humphrey Bogart) jest prywatnym detektywem - typowym archetypem protagonisty filmu noir. Dużo pali, jest stylowy, przystojny i powściągliwy. Trzyma się z tyłu, potrafi zarzucić ciętym żarcikiem, szybko myśli i wszystkie kobiety go uwielbiają - w tym pani Iva Archer (Gladys George), która jednocześnie oskarża Sama o morderstwo. Takie same podejrzenia ma też sierżant Dundy (Barton MacLane), ale Spade ma inne zmartwienia na głowie, kiedy do jego biura zgłasza się najpierw Ruth Wonderly (Mary Astor), a potem Joel Cairo (Peter Lorre). Okazuje się, że ich sprawy są mocno powiązane - w grę wchodzi wysoka stawka, czyli zabytkowa, drogocenna statuetka maltańskiego sokoła.

Powiem tak: wiele dobrego słyszałem o tym filmie, ale biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doznania związane z tym reżyserem, to nie mogę powiedzieć, że byłem źle nastawiony. Mimo tego, jestem kompletnie zaskoczony. To naprawdę wciągające dzieło sztuki, które nie traktuje widza jak głupka. Zachwycają zdjęcia w stylu noir, podteksty wymuszone przez cenzurę panującą wówczas w Hollywood i aktorstwo, w tym mistrzowski Humphrey Bogart w roli życia. Dodatkowo wielki szacunek dla Petera Lorre'a, który powoli staje się moim ulubionym aktorem lat 30. i 40.

Dodatkowo wielki plus za ustanowienie McGuffina (czyli obiektu, który dla widza jest kompletnie nieistotny, ale dla bohaterów jest czynnikiem sprawczym wydarzeń) i nieujawnianie wszystkiego od razu (tak jak robił to Hitchcock, co bardzo mnie denerwowało), tylko powolne pokazywanie wydarzeń i faktów, tak, żebyśmy mogli bardziej utożsamić się z Samem Spadem.

Podsumowując, to przykład na to jak robić kino noir i nieśmiertelny klasyk. Jeden z lepszych dzieł lat 40., bez dwóch zdań.

Ocena: 9/10. Brawo!

Obejrzane: 162
Zostało: 839

Olszewski

sobota, 1 kwietnia 2017

Facebook!

Łuhuuu - zgadnijcie kto dołączył do Facebooka! Tak jest - od dzisiaj blog ma już pełnoprawnego fanpejdża. Parę osób prosiło mnie o założenie go już jakiś czas temu, ale ja dopiero teraz zabrałem się za to, głównie z dwóch powodów:

1) Chcę mieć swoje własne miejsce, na które będę mógł wrzucać zdjęcia, luźne dyskusje, recenzje filmów, które widziałem niedawno w kinie, a które nie znajdują się w Książce, a może nawet trochę prywaty. Ogólnie - chaotyczny kącik w internecie, kontrastujący z uporządkowanymi recenzjami na blogu.

2) Może ktoś znowu zacznie czytać i wpadać tutaj? Nadzieje, a jednak...

Więc proszę bardzo:
link tutaj. Wpadajcie, lajkujcie, komentujcie i udostępniajcie. Nie obiecuję, że będę go często aktualizował, ale raz na jakiś czas coś się może pojawić. Trzymajcie sie na razie.

Olszewski

sobota, 18 marca 2017

161. Rób, co należy/Do the Right Thing (1989)

Czas trwania: 2 godz. (120 min.)
Reżyser: Spike Lee
Scenariusz: Spike Lee
Obsada: Ruby Dee, Richard Edson, Ossie Davis, Paul Benjamin, John Turturro

SPIKE LEE, GENIUSZ KINA

Przeskakujemy o 44 lata do przodu i - wbrew moim obiecankom, zgodnie z którymi parę dni temu ukazałaby się recenzja Świateł wielkiego miasta - spotykamy prawdopodobnie najbardziej docenianego czarnoskórego reżysera Ameryki. Spike Lee, który w Polsce znany jest w sumie bardziej ze swoich niewybrednych komentarzy na temat Oscarów i Quentina Tarantino. Warto jednak sprawdzić, dzięki czemu w ogóle pojawił się w filmowym świecie, bo jeden z jego pierwszych filmów to naprawdę majstersztyk, którego wydźwięk jest w sumie sprzeczny z ostatnimi wypowiedziami Lee, nacechowanymi czarnym nacjonalizmem.

Film dzieje się w ciągu 24 godzin, w trakcie których Spike z mistrzowską precyzją powoli buduje napięcie międzyrasowe. Akcja osadzona jest w trakcie najgorętszego, 40-stopniowego dnia lata, w czarnej dzielnicy Brooklynu. Widzowi przedstawiony jest cały gabinet osobowości, m.in. pijaczyna "Burmistrz" (Ossie Davis), nowojorski odpowiednik balkonowej babci, "Matka Siostra" (Ruby Dee), właściciel pizzeri Sal (Danny Aiello) i jego dwaj synowie - Vito (Richard Edson) i Pino (John Turturro), awanturujący się starsi Murzyni - "ML" (Paul Benjamin) i "Kokosowy Sid" (Frankie Faison), anty-biały b-boy "Buggin' Out" (Giancarlo Esposito), czy "Radio Raheem" - buntownik, który wszędzie nosi ze sobą boombox, puszczając nim na cały regulator utwory Public Enemy. Film skupia się na powiązaniach, zależnościach i konfliktach między tymi kolorowymi (no pun intended) postaciami.

Jak na film reżysera znanego ze swoich wypowiedzi w których bezpośrednio krytykuje całą białą rasę, trzeba przyznać - jest to zaskakująco obiektywna historia. Mamy więc i durnych, nieogarniętych Koreańczyków i rasistowskich Włochów, jak i brutalnych i prymitywnych czarnoskórych. Scena w której Raheem omawia walczące w sobie dobro i zło, miłość i nienawiść stanowi klucz do całego filmu - tak jak w człowieku trwa odwieczna walka, tak obecna jest ona i na poletku rasowym. Kluczem jest robienie tego, co należy, ale żadnemu bohaterowi nie do końca się to udaje. To tragikomedia, z większym naciskiem na "tragi-".

Dodatkowo na plus zasługuje warstwa techniczna. Lee operuje gamą ciepłych kolorów, które oddają klimat upalnego dnia, a praca kamery to już w ogóle wisienka na torcie - mamy więc długie ujęcia, łamanie czwartej ściany i genialnie nakręconą scenę, w której Buggin' Out atakuje białego rowerzystę. Lee świetnie przedstawia napięcie i konflikty na tle rasowym i jest przy tym niesamowicie obiektywny, w dodatku korzystając z szerokiej gamy symboli i aktorów.

Podsumowując - Rób, co należy to bardzo, bardzo dobry i dojrzały film, który każdy, kto chce zrozumieć na czym polega rasizm, powinen obejrzeć. Dla białych może być trochę alienujący, poza tym jest odrobinę za głośny i męczący, ale na prawdę mi się podobał.

Ocena: 8/10. Solidna ósemka!

Obejrzane: 161
Zostało: 840

Olszewski