wtorek, 28 listopada 2017

181. La Strada (1954)

Czas trwania: 1 godz. 49 min. (109 min.)
Reżyser: Federico Fellini
Scenariusz: Tullio Pinelli, Federico Fellini, Ennio Flaiano
Obsada: Anthony Quinn, Nazzareno Zamperla, Gustavo Giorgi, Richard Basehart, Mario Passante

HISTORIA MIŁOSNA INNA NIŻ WSZYSTKIE

Moje pierwsze spotkanie z Fellinim nie przebiegło zbyt dobrze. Doceniałem dziwność Osiem i pół, ale mimo wszystko uważam ją za przesadzoną i bezcelową wydmuszkę z wieloma pozytywnymi cechami. Do La Strady, jego wcześniejszego dzieła podchodziłem więc z pewnym lękiem, lecz również z pewną ekscytacją. Na szczęście autor trafił prosto w moje pragnienia.

Gelsomina (Giulietta Masina) pochodzi z dość biednej rodziny. Jej siostra, Rosa, do niedawna zarabiała na rodzinę podróżując z siłaczem-showmanem o imieniu Zampanò (Anthony Quinn). Teraz, kiedy Rosa umarła Gelsomina ma zająć jej miejsce. Z początku niechętna, dziewczyna wkrótce przyzwyczaja się do roli asystentki cyrkowca. W swojej podróży poznaje wiele ciekawych osób - zakonnicę (Liva Venturini), która opowiada jej swoją życiową historię, rozpaczającą wdowę (Marcella Rovere), klauna-właściciela cyrku (Aldo Silvani), kelnera (Mario Passante) i innych miejscowych (Goffredo Unger, Nazzareno Zamperla, Gustavo Giorgi i inni). Zampanò pozostaje jednak zimny w stosunku do niej, szczególnie kiedy Gelsomina nawiązuje relacje z linoskoczkiem "Szalonym" (Richard Basehart).

Bardzo lubię, kiedy scenarzysta potrafi napisać postać bogatą, złożoną, dynamiczną i przechodzącą przemiany. Kiedy jeszcze w tej swojej romantyczności wchodzi w interakcje z innymi postaciami i wpływa na nie, a one wpływają na nią, to jest to mój rodzaj kina. Fellini stwarza piękną historię o emocjach, toksycznej męskości i skrywanych uczuciach, nie uciekając w wysokie dywagacje o Bogu, przeznaczeniu i całej reszcie. Giulietta Masina (prywatnie żona Felliniego - przez 50 lat!) gra genialnie, wcielając się w rolę niepokornej dziewczyny - trochę panienki, trochę chłopczycy, a Anthony Quinn świetnie partneruje jej jako macho o złotym (?) sercu.

Czy czegoś mi brakowało? Ciężko powiedzieć. Niezbyt podobało mi się zakończenie - domyślam się, że jego celem było wywołanie katharsis, ale wyglądało bardziej na dopowiedzenie faktów mniej rozgarniętemu widzowi niż faktyczny epilog. Dodatkowo pod względem ideologicznym film może wydawać się dość problematyczny z dzisiejszego punktu widzenia, ale to już czepianie się. Poza tym, to na serio bardzo, bardzo dobry film.

Podsumowując, warto poświęcić trochę czasu na ten klasyk włoskiego neorealizmu.

Ocena: 8/10. A czemu nie "9"? Nie wiem. To takie "8,5" - bo tak.

Obejrzane: 181
Zostało: 820

Olszewski

180. Dzikie trzciny/Les Roseaux Sauvages (1994)



Czas trwania: 1 godz. 50 min. (110 min.)
Reżyser: André Téchiné
Scenariusz: Gilles Taurand, André Téchiné, Olivier Massart
Obsada: Gaël Morel, Élodie Bouchez, Stéphane Rideau, Michèle Moretti

THOSE WERE THE BEST DAYS OF MY LIFE, BACK IN THE SUMMER OF 6...2?

Kino Andrégo Téchiné od zawsze wydawało mi się dosyć ciekawe. Uwielbiam francuskie kino i uwielbiam kino LGBT, więc francuskie gejowskie romanse mają w moim sercu specjalne miejsce. Ten film był moim pierwszym spotkaniem z tym legendarnym przedstawicielem tego nurtu, ale na pewno nie ostatnim.

Akcja filmu dzieje się na prowincjonalnym południu Francji w czasie wojny algierskiej w 1962. Maïté (Élodie Bouchez), córka komunistycznej nauczycielki (Michèle Moretti) i François (Gaël Morel) są najlepszymi przyjaciółmi. On pasjonuje się kinem i literaturą, ona, podobnie jak jej matka - proletariatem. François jest w ostatniej klasie liceum i ma z panią Alvarez lekcje francuskiego. Wkrótce dochodzi w nim do seksualnego konfliktu - między Maïté, która zdecydowanie żywi do niego uczucia, chętnym do eksperymentów Sergem (Stéphane Rideau), i tajemniczym uciekinierem z Algierii Henrim (Frédéric Gorny).

Reżyser w tej autobiograficznej historii tworzy przepiękną opowieść o miłości, młodości i nostalgii, z którą każdy będzie się mógł utożsamić. Zakończenie usatysfakcjonuje większość odbiorców (chociaż nie mnie - bez spoilerowania, powiem po prostu, że kompletnie inaczej widział mi się finalny układ związków). Chciałbym też, żeby trochę podarować sobie trochę wątki historyczno-polityczne, bo nic nie wnoszą do bohaterów, poza Henrim, panią Alvarez i trochę Sergem. Z kolei pani Alvarez i jej córka nie mają kompletnie żadnych powiązań, a sama Maïté jest nudna jak flaki z olejem. Dzięki Bogu, że ograniczono jej wątki i skupiono się na postaciach François i Henriego, które są napisane i zagrane po prostu MISTRZOWSKO! Film jest bardzo dobry - pokazuje nadzieję, miłość i pogodne patrzenie w przyszłość. Przypomina trochę ten nostalgiczny optymizm Stań przy mnie połączony z motywami zakazanego pożądania i budzącej się seksualności genialnych Szmerów w sercu.

Podsumowując, warto obejrzeć ten film, bo nawet na Filmwebie cieszy się popularnością, co jest tam rzadkie jeśli chodzi o filmy z wątkami homoseksualnymi.

Ocena: 8/10. Superowy!

Obejrzane: 180
Zostało: 821

Olszewski


Podsumowanie #2

Po tym jakże produktywnym listopadzie (przepraszam!) nadchodzi czas na opowiedzenie wam o filmach, które widziałem ostatnio. Będzie trochę polecania, trochę odradzania. Zapnijcie pasy.

Filmy pełnometrażowe:
1. Weiser (2000, Wojciech Marczewski) - 5/10. Jak oglądam takie filmy, to mam wrażenie, że w dzieci w Polsce lat 50. nie rozmawiały ze sobą ani się nie bawiły, tylko stały w wodzie i na siebie tępo i niezręcznie patrzyły, albo napastowały Żydów. Zagadka spoko i pomysł na film genialny, ale realizacja niezbyt.
2. Mandarynka (2015, Sean Baker) - 8/10
3. Paryż 05:59 (2016, Olivier Ducastel, Jacques Martineau) - 7/10. Nienajgorsza, romantyczna historia, która zaczyna się pietnastominutową sceną gejowskiej orgi. Potem jest już tylko lepiej.
4. Blady strach (2003, Alexandre Aja) - 6/10. Bawiłem się dobrze, ale zwrot akcji dość... problematyczny.
5. Dobrzy sąsiedzi (2010, Jacob Tierney) - 7/10
6. Napaść (2010, Miguel Ángel Vivas) - 6/10. Warstwa techniczna mistrzowska, doceniam niestandardowe rozwiązania, ale fabularnie biedny.
7. Chłopczyca (2011, Céline Sciamma) - 5/10
8. Dzikie trzciny (1994, André Téchiné) - 8/10
9. Loev (2015, Sudhanshu Saria) - 5/10. Tragiczny zwrot akcji...
10. Margarita with a Straw (2014, Shonali Bose) - 6/10. Trochę pomieszany...
11. Liga Sprawiedliwości (2017, Zack Snyder) - 4/10. Mało śmieszny żart, o którym chyba wszystko zostało już powiedziane. Scena z kosmicznymi kwiatkami to szczyt wszystkiego.
12. Contratiempo (2016, Oriol Paulo) - 8/10. Dostępny na Netflixie. Warto obejrzeć, wyśmienity thriller zmuszający do myślenia i zaskakujący na każdym kroku.
13. Klatka dla ptaków (1996, Mike Nichols) - 7/10
14. Gra Geralda (2017, Mike Flanagan) - 6/10. Duża część powieściowego oryginału zatracona, a szkoda. Z połączenia sił Netflixa i Flanagana liczyłem na coś lepszego.
15. Halloween 3: Sezon czarownic (1982, Tommy Lee Wallace) - 6/10. Mało to straszne.
16. Halloween 4: Powrót Michaela Myersa (1988, Dwight H. Little) - 7/10
17. Dom Sary (1985, Zygmunt Lech) - 6/10. Jak na polski horror to niezły i całkiem ciekawe zabiegi fabularne stosuje.
18. Bękarty diabła (2005, Rob Zombie) - 5/10. Powalony, powalony, ale poza tym nie oferuje praktycznie nic. Ciekawi bohaterowie i soundtrack, ale nawet ta psychodela nie jest tu tak obecna jak w oryginale. Chyba jestem w mniejszości, ale Dom 1000 trupów podobał mi się bardziej (choć nieznacznie).
19. Kieł (2009, Yorgos Lanthimos) - 8/10. Lanthimos jest niesamowity. Prześwietny film, z czasem mogę dać mu "9".
20. Paranormal Activity (2007, Oren Peli) - 7/10
21. Spojrzenie Odyseusza (1995, Theodoros Angelopoulos) - 9/10. Genialny film - powinien znaleźć się na kartach Książki. Arcydzieło, które zdecydowanie jest najlepszym z tej listy.
22. Grek Zorba (1964, Mihalis Kakogiannis) - 7/10
23. Księga cieni: Blair Witch 2 (2000, Joe Berlinger) - 2/10
24. I Am Not a Serial Killer (2016, Billy O'Brien) - 6/10. Spodziewałem się niewiadomo czego, a dostałem spoko film, ale chyba niewstrzeliwujący się w moje gusta.
25. Nieodebrane połączenie (2003, Takashi Miike) - 9/10

Krótkometrażówki, które mogę wam polecić:
1. Everything Will Be Ok (2006, Don Hertzfeldt) - 8/10. Zapiski schizofrenika. Bardzo smutna i przerażająca animacja z którą wielu, niestety, będzie się mogło utożsamić.
2. The Answers (2015, Michael Goode) - 9/10. Ja się popłakałem... ckliwy, ale wykorzystuje to jako dumną cechę. Dodatkowo genialny pomysł!

Olszewski

wtorek, 31 października 2017

Nadchodzące recenzje - listopad 2017

Notatka: Dajcie znać co sądzicie o Miesiącu Halloween! Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się obejrzeć wszystkie filmy, które chciałem obejrzeć i zrecenzować je w regularnym odstępie czasowym!

Jak co miesiąc - oto filmy, które mam zamiar obejrzeć i zrecenzować w najbliższej przyszłości. Potrzebuję jednak na to trochę czasu, ale o nic się nie bójcie. Na wszystko przyjdzie pora...

Miesiąc z latami 50.:
Wiem, wiem - wszystko umiem zaplanować, ale nie zawsze zrealizować. Jak tak dłużej to potrwa, to wkrótce obiecam wam recenzję wszystkich filmów z Książki. Obiecuję wam, że długo już zapowiadane miesiące tematyczne z Bressonem, Godardem i latami 30. wkrótce nadejdą. Jeśli chodzi o lata 50.:

Most na rzece Kwai (1957), reż. David Lean - siedem Oscarów i trzy Złote Globy.
Pół żartem, pół serio (1959), reż. Billy Wilder - jeden Oscar i trzy Złote Globy.
Ben Hur (1959), reż. William Wyler - jedenaście Oscarów i trzy Złote Globy.
La Strada (1954), reż. Federico Fellini

Z innych filmideł, które obejrzę w listopadzie:
Dzikie trzciny (1994), reż. André Téchiné - klasyk francuskiego kina coming-of-age.
Truposz (1995), reż. Jim Jarmusch - psychodeliczny western, polecony mi przez jednego z najbardziej oczytanych ludzi jakich znam, wiele miesięcy temu...
Chinatown (1974), reż. Roman Polański - neo-noir spod ręki polskiego reżysera.
Towarzysze broni (1937), reż. Jean Renoir - dramat wojenny na który chrapkę mam już od seansu Reguł gry...
Tongues Untied (1990), reż. Marlon Riggs - bardzo zależy mi na tym dokumencie o czarnoskórej społeczności gejowskiej w latach 80., ale jest on nie do dostania...
My Fair Lady (1964), reż. George Cukor - uwielbiam oryginał sceniczny, uroczą, romantyczną komedię muzyczną
Zabriskie Point (1970), reż. Michelangelo Antonioni - filmowy manifest hipisowski, brzmi całkiem ciekawie.

To by było na tyle. Pod koniec miesiąca zrobię też podsumowanie #2 (ostatnie było w styczniu), w którym opowiem wam trochę o filmach, które widziałem ostatnio.

Więc... to tyle - trzymajcie się!
Olszewski

179. Paranormal Activity (2007)

Czas trwania: 1 godz. 26 min. (86 min.)
Reżyser: Oren Peli
Scenariusz: Oren Peli
Obsada: Micah Sloat, Katie Featherston, Amber Armstrong, Mark Fredrichs, Ashley Palmer

HALLOWEEN 2017: CZĘŚĆ 7 (I OSTATNIA)

Obiecałem ci, że nie kupię planszy Ouija. Nie kupiłem planszy Ouija. Ja pożyczyłem planszę Ouija.

Chociaż niektóre z dialogów w filmie, jak na przykład ten zacytowany, wypowiedziany w filmie przez Micah (granego przez Micah Sloata) są dość humorystyczne, to ten film raczej nie jest takim do uśmiania się. Raczej do zsikania się w portki. A zwłaszcza, kiedy ogląda się go w noc taką jak ta - Noc Walpurgii... zróbcie sobie przerwę od czczenia Szatana i zrelaksujcie się oglądając ten bardzo interesujący horror found footage. Oto Paranormal Activity. 

Katie (Katie Featherston) i Micah (Micah Sloat) to młoda para, która właśnie wprowadziła się do nowego domu. Niestety, Katie ma pewien problem - od dzieciństwa jest prześladowana przez demona. Jej przypadłość podobna jest do sytuacji, przez którą przechodziła Diane Mercer (Ashley Palmer) - kobieta zmarła w wyniku egzorcyzmu. Z pomocą najlepszej przyjaciółki Katie, Amber (Amber Armstrong) i wybitnego medium (Mark Fredrichs) Micah postanawia pomóc swojej dziewczynie i pozbyć się ducha. Zaczyna nagrywać wszystkie zdarzenia, które zachodzą w domu.

O ile kino found footage nie było gatunkiem nowym - wcześniej istniały już takie dzieła jak Nadzy i rozszarpani, UFO Abduction czy Blair Witch Project - to dopiero po premierze debiutanckiego filmu Orena Peli (i hiszpańskiego [Rec]) rozpoczął się ogromny boom na tego rodzaju horrory. Większość z najnowszych przedstawicieli gatunku to odgrzewanie tego samego kotleta z tymi samymi postaciami, motywami i scenami, ale na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku to było coś nowego - a i sama historia powstania i dystrybucji Paranormal Activity. Ogólnokrajową (i światową) premierę film miał dopiero w 2009 - dwa lata po premierach festiwalowych. Można nazwać go filmowym odpowiednikiem "sleeper hitu", przechodził też przez wiele poprawek i dodatkowych montaży - istnieje więc kilka wersji tego samego filmu. Dodatkowo w 2009 powstała specjalna strona do zażądania Paranormal Activity w swoim lokalnym kinem. No i kultowy trailer, który mniej skupiał się na fragmentach filmu, a bardziej na reakcjach pierwszych widzów. Ten film musiał przejść do historii.

Jak jednak trzyma się bez otaczającej go promocji? Musze przyznać, że jest niesamowicie imersyjny. Naturszycy-aktorzy wypadają świetnie i lepiej niż wypadłyby wysokobudżetowe gwiazdy. Kamera nie trzęsie się jak większość kamer w horrorach found footage, ale jednocześnie jest naturalna na tyle, że czasami zapomina się, że ogląda się film fikcyjny, a nie bardzo amatorski dokument. Wątek demona nawiedzającego Katie jest też dość oryginalny, bo niewidzialnych diabłów przywiązanych do konkretnej osoby było chyba w kinie niewiele.

Porozmawiajmy jednak o konkretach, a bardziej szczegółowo - o napięciu. Od samego początku budowane jest ono perfekcyjnie. Wolne ruchy drzwi, skrzypienie desek, lekkie trzaśnięcie, Katie przewracają się z boku na bok... powoli wydarzenia w filmie robią się coraz dziwniejsze i jest to niesamowity zabieg, aż do momentu, kiedy wszystko upada i napięcia nie ma. Jest tylko melodramat połączony z krzykami i trochę przesadzonym terrorem. Zakończenie? Jest śmieszne i głupkowate. Szkoda. Niesamowicie doceniam i szanuję pierwsze 45 minut, ale pod koniec twórców chyba trochę poniosło.

Podsumowując, warto zobaczyć ten film, który zapoczątkował horrorową rewolucję, ale nie nastawiajcie się na nic niesamowitego. Może wam się spodoba, może nie. Mi się podobał, ale mam wiele zastrzeżeń.

Ocena: 7/10. Tylko tyle.

Obejrzane: 179
Zostało: 822

Olszewski

poniedziałek, 30 października 2017

178. Martwe zło/The Evil Dead (1981)

Czas trwania: 1 godz. 25 min. (85 min.)
Reżyser: Sam Raimi
Scenariusz: Sam Raimi
Obsada: Ellen Sandweiss, Betsy Baker, Joanne Kruse, Richard DeManincor, Dorothy Tapert

HALLOWEEN 2017: CZĘŚĆ 6

Zbliżamy się końca horrorowego maratonu. Już za pół godziny zaczyna się. Dzień Diabła. Noc Szatana. Uważajcie na siebie. A na razie, w oczekiwaniu na nadejście - historia o czterech młodych ludziach, takich jak ty, którzy postanowili wyjechać na noc do domku w lesie. Wszyscy domyślamy się jak skończyli.

Ash (Bruce Campbell), Cheryl (Ellen Sandweiss), Scott (Richard DeManincor) i Linda (Betsy Baker) to czwórka dobrych przyjaciół. Postanawiają wynająć chatkę w głębi lasu i spędzić tam milutki weekend. Wkrótce niechcący uwalniają demona, który powoli opętuje ich, a następnie sprowadza do życia więcej demonów (Ted Raimi, Joanne Kruse, Dorothy Tapert, Stu Smith, Kurt Rauf, Don Long, David Horton, Wendall Thomas, Barbara Carey, Cheryl Guttridge, Phillip A. Gillis, Scott Spiegel, Debie Jarczewski, Gwen Cochanski, John Cameron i inni).

SPOILER!

Prawdopodobnie przedostatni film z cyklu tegorocznych recenzji Halloweenowych jest... średni. Jestem dosyć zmęczony, więc nie będę się rozwodził, tylko powiem wprost - szanuję za pierwsze pół godziny, utrzymane w atmosferze mroku i tajemniczości, ale kiedy zaczyna się jatka, film szybko robi się nudny i jedyne co ma do zaoferowania to niezłe efekty specjalne jak na dziełko z tak niskim budżetem. Bruce Campbell oczywiście mistrzowski, zakończenie, w którym Ash zabija wszystkich, tylko po to, by zostać pokonanym (jak wiemy, nie na zawsze) przez demona w ostatnim ujęciu jest trochę przewidywalne, ale mimo wszystko dość ciekawe, a muzyka, grana na syntezatorach wprowadza w świetny kimat. Poza tym, jest sztampowo i kiczowato, jak w filmie klasy B. Szkoda, że Raimi nie pociągnął genialnego i wciągającego pomysłu, który miał na początku, tylko postawił na slapstick i flaki.

Podsumowując, szanuję bardzo, ale niezbyt mnie to wciągnęło.

Ocena: 5/10. Niestety, tylko tyle.

Obejrzane: 178
Zostało: 823

Olszewski

177. Koszmar z ulicy Wiązów/A Nightmare on Elm Street (1984)

 
Czas trwania: 1 godz. 31 min. (91 min.)
Reżyser: Wes Craven
Scenariusz: Wes Craven
Obsada: Charles Fleischer, Jsu Garcia, Joe Unger, Amanda Wyss, Sandy Lipton

HALLOWEEN 2017: CZĘŚĆ 5

Każdy fan horrorów umie wymienić piątkę najważniejszych dla kina slasherowych morderców. Od kanibalistycznego Leatherface'a (Halloween 2017), przez bezgłośnego Michaela Myersa (Halloween 2016) i brutalnego Jasona Voorheesa (nie znajduje się w Książce), po parodiującego swoich poprzedników Ghostface'a (Halloween 2015) miałem do czynienia już z nimi wszystkimi - poza jednym. Oto nadszedł czas na nawiedzającego sny, żądnego zemsty, demonicznego i sarkastycznego Freddy'ego Kruegera. 

Nancy Thompson (Heather Langenkamp) jest przeciętną nastolatką. Spełnia wszystkie cechy final girl - jest niewinna, utrzymuje dobre kontakty z matką (Ronee Blakley) i innymi dorosłymi (Charles Fleischer, Joe Unger, Joseph Whipp, Sandy Lipton). Ma jednak pewien problem - ją i jej najlepszą przyjaciółkę, Tinę (Amanda Wyss) nawiedzają koszmarne sny o tajemniczym mężczyźnie ze spaloną twarzą i rękawicą zrobioną z noży (Robert Englund). Wkrótce Tina zostaje zamordowana, a o zbrodnie oskarżony jej chłopak (Jsu Garcia). Nancy zdaje sobie sprawę, że może być następną ofiarą Freddy'ego.

SPOILER!

Szczerze mówiąc, nastawiłem się na coś więcej. Wiem, że jeśli ktokolwiek to przeczyta, to pewnie zjedzie mnie za tę recenzję, ale jestem nieźle rozczarowany. Oczywiście, Englund w roli Kruegera jest niesamowicie charyzmatyczny i gra tego humorystycznego psychopatę świetnie, ale poza tym i paroma lekko niepokojącymi scenami i oryginalnymi morderstwami nie oferuje wiele więcej. Być może to wina mojego nastawienia - zdecydowanie wrócę do tego filmu - ale spodziewałem się czegoś więcej po takim klasyku.

Oczywiście, nie jest to zły film i wciąż nieźle się bawiłem. Warto zwrócić uwagę na soundtrack, upiorną wyliczankę i w sumie dobrą rolę Heather Langenkamp. Wes Craven, zdecydowanie mój ulubiony reżyser horrorów robi super robotę tworząc klimacik i tak dalej... no ale liczyłem na coś więcej.

Podsumowując, jeśli nie oczekujecie cudów, to wam się spodoba.

Ocena: 7/10. Bo to dobry horror, skrzywdzony moim oczekiwaniem niewiadomo czego.

Obejrzane: 177
Zostało: 824

Olszewski